Był sobie dziad i baba… Poruszający list naszej Czytelniczki

Moja Kochana Jolu,

Kilka dni, tygodni już kilka lat piszę ten list. Bardzo mi Ciebie brakuje. Jesteś tak daleko a teraz już wiem, że niestety spóźniłam się. Mimo tego dokończę ten list, bo wiem, że niczym Anioł Stróż jesteś przy mnie. Stale nie mogę z czymś zdążyć. Wydaje mi się, jakbym osiągnęła pewne, jak mawiają fizycy, „nasycenie“. Mam za sobą wszystkie etapy uczenia się życia, poznawania, odkrywania, doświadczania, czas szkolny, uniwersytecki, małżeński, czas pracy zawodowej i macierzyństwa. Pytań zbieram coraz więcej a odpowiedzi mniej. Czym jest świadomość? Czym jest sens życia? czym albo kim jestem? Dokąd zmierzamy ciągle się spiesząc?

Odpędzam dziwne refleksje gdyż wpędzają mnie w paskudny nastrój, co prawda nieco inny niż łazienkowa waga albo myśl o oknach czekających na mycie, podłogach, o chowających się przede mną chwastach w ogródku.

Czy my byłyśmy też takie kapryśne nastolatki jak moja córka? Myślę, że tylko bezwzględna, bezwarunkowa dobroć i miłość może ją zmienić. Jak wiesz, nigdy się nie obrażam, zawsze gotowa do spełniania próśb. Nie stosuję milczenia jako broni. Liczę, że skoro my wyrosłyśmy z tego nastolatkowego okresu buntu i sprzeciwu, to moja córeńka również. Chyba ją denerwuję, właśnie tym jaka jestem. Na razie z Jasiem nie ma tych trosk, jest rozkoszny, ufny, ugodowy, grzeczny. Oby świat go nie zepsuł. Oboje są dla mnie wszystkim. 

Myślałam o Tobie, gdy poddałam się operacji przegrody nosowej. Bardzo się wycierpiałam, bo nie potrafię oddychać przez usta. Moment półsnu: siedzisz przy mnie w białym fartuchu i stetoskopem wokół szyi, jak kiedyś gdy usunięto mi migdałki. Trzy dni bez snu. Trzy noce lęków i refleksji, po których dochodzę do wniosku, że staram się cały czas być najlepszą matką i żoną pod słońcem. Boję się, że mi się to nie udaje. Jak wiesz, prawie porzuciłam pracę zawodową. Te kilka godzin w tygodniu to prawie nic. Tęsknię za użyciem intelektu a nie tylko płynu do zmywania, za ludźmi z którymi się przyjaźniłam, uczyłam, spierałam, tęsknie za przeciwnikiem i za współpracownikiem. Do sprzątania wkładam buty na obcasie, ładnie się ubieram, no i nie wychodzę rano z łazienki bez lekkiego makijażu choć spoglądanie w lustro sprzyja mojej melancholii. Jest jednak coś, co mnie raduje, to jakby nowy rozdział w życiu. Moje relacje z przyrodnim bratem. Nie znaliśmy się przez wiele, wiele lat. Nie zdążyłam Ci go pokazać. Wiesz, śmierć  naszego Taty spowodowała zniknięcie niewidocznej bariery uprzedzeń, „walki“ o pozycję, uznanie, o miłość Taty. Matka mojego brata przestała mnie traktować jak konkurentkę. Nawet nie wiesz, jaka ulga dla nas wszystkich po kolei i z osobna. Oni i ja jesteśmy sobą, nawzajem dla siebie. A nawet moja mama ma w tym układzie swoje miejsce. Myślę, że to tata „załatwił w niebie” iż nastąpiło zamknięcie rozdziału nieporozumień między nami. Mam wreszcie braciszka, o którym zawsze marzyłam, jak i Ty.

Lata biegną nieubłaganie, inaczej niż teraz dla Ciebie. Dziś obchodziłybyśmy nasze 50 urodziny. Robią mi się worki pod oczami. Wklepuję mnóstwo kremów. Walczę z czasem.

Odwiedzam mamę co trzy miesiące, gdyż ona nie może już przyjechać do nas. Czas dosięgnął ją niczym morderca na raty. Bardzo mi smutno z tego powodu, że dobrowolnie poddaje się starości. Nie chce ograniczyć papierosów i nie czyni nic, co by wpływało korzystnie na jej zdrowie. Jest trudniejsza w obejściu, mniej cierpliwa, jakby mniej tolerancyjna. Oczekuje więcej. Potrzebuje więcej ciepła i rodziny wokół siebie, więcej uwagi, którą zwraca na siebie w różny sposób. Nie mogąc jej sprawić ulgi mam wyrzuty sumienia, boli mnie żołądek, gniecie serce. Czy ja też będę taka na starość? Czy też będę kiedyś powodem takich dolegliwości moich dzieci? Czas mnie przegoni. Tego się boję. Widziałam się z Twoją mamą. Dzielna jest bardzo i nie mówiłyśmy o Tobie, bo ona bardzo cierpi, że tak zniknęłaś, właściwie nie zdążywszy się pożegnać. Byłaś niewidzialna między nami, czułyśmy Twoją obecność.

Stan duszy, to jakby ciężar na sercu oraz wszystko co wiruje głowie, i to jest natchnieniem dla pióra. Ta niezwykła więź między nami przetrwała do teraz, to też piszę do Ciebie gdy jest mi smutno, gdy dusza jęczy choć wiem, że mi nie odpiszesz. Przywołuje z pamięci Twoje słowa: harmonia w domu, radość, miłość wymagają dbania o nie jak o kwiaty, by nie zwiędły. Pamiętam i pielęgnuję. Miałaś rację mówiąc, że gosposia może odejść, poskarżyć się, uciec, obgadać. Matka, żona nie okradnie, do związków zawodowych nie pójdzie. Nie zostawi dzieci ani nie ucieknie z dziećmi, pozbawiając ich ojca z powodu poczucia własnego niedowartościowania.  Przecież tkwi w nas wszystkich silna potrzeba akceptacji przez otoczenie, bliskich i najbliższych.

Do wszystkiego można przywyknąć. Ale przyzwyczajenia są jak żelazny kaftan z którego trudno się uwolnić. Wiesz, jak bardzo lubię „tulić” i odwzajemniam wierność i lojalność. Mam nadzieję, że nauczę tego dzieci, bo męża mi się nie udało. Czasem mam wrażenie, że mojej troskliwości, przezorności, ostrożności i czułości wystarczyłoby na tuzin dzieci i pół tuzina mężów.

Przebacz, minęło znów sporo czasu, dat nie wpisuję celowo. Moja Kochana, ciągle czuję Twoją obecność przy mnie. Teraz coś we mnie umiera. Brak mi werwy i motywacji. Szczęścia pragniemy wszyscy, za szczęściem gonimy niczym w zabawie w szukanego albo ciuciubabkę. Godność i wolność, to dwa skarby, których nie pozwolę sobie odebrać. Jan nie dostrzega nawet, że wymagając stale ode mnie, gasi każdy mój entuzjazm, optymizm, czyni mnie bardziej dojrzałą do radykalnych posunięć. Do uwolnienia się. Nie wiem jeszcze, czy będę w stanie bez Jana być szczęśliwszą. Nie ukrywam, że z miłości nadal latam na jego orbicie niczym sputnik, jak to kiedyś nazwałaś.

Chyba nigdy nie opowiedziałam Ci jak mi się oświadczył, zapytał: Czy chcesz się ze mną zestarzeć, bo chciałbym z tobą dożyć późnej starości?Bardzo mnie zdziwiły takie oświadczyny studenta. Obecnie wątpię w siły własne i jego, czy podołamy dojść razem do brzegu Styks. Ty niestety, poszłaś tam za wcześnie, osierocając nas wszystkich.

Jeżdzę do mamy już coraz częściej. Smuto mi, bo ona poddała się. Pobyt z nią z jednej strony mnie bardzo cieszy a z drugiej jest bardzo przygnębiający. To nie ta sama osoba. Mimo tego staramy się obie unikać rozmów na temat jej małżeństwa z moim tatą. Staram się ją zrozumieć, lecz nie mogę pojąć, że mu nie wybaczyła jeszcze raz. Chociażby z miłości do mnie. Straciłyśmy wolę roztrząsania tej sprawy. I dobrze. Nie warto na to tracić czasu. Kocham ją i czuję, że nie wiele spotkań nam zostało. Bardzo prosiła bym nie płakała po jej odejściu, bym nie roniła łez. Teraz łzy same spływają na papier. Mówiłaś mi w ostatniej naszej rozmowie, że sztuką jest chcieć przebaczać i zapominać o przykrościach, a więc przywołuję tylko dobre chwile. Mam wrażenie, że spełniłam moją rolę najlepiej jak potrafiłam, co nie znaczy, że nie mogłabym lepiej. Chyba jestem leniwsza, bo wszystko stało się oporniejsze i trudniejsze, brak mi chęci i szkoda czasu by walczyć z głupotą i chamstwem, więc po prostu ich unikam. Dla mnie czas stał się zbyt cenny by tracić go dla tych, którzy mnie nie darzą życzliwą uwagą. Nie marnuję już ani chwili na to, co mnie krzywdzi, co rani lub mi szkodzi.

Tego roku do prezentu urodzinowego Jan napisał mi kartkę, życząc mi dużo, jak najwięcej ciepła i miłości. Skomentowałam: w rzeczy samej, to życzenia. Zreflektował się skreślił „życzę” i dopisał „daruję Ci”. Odnoszę wrażenie, że o ile zdrowie pozwoli, dożyjemy jak w bajce Kraszewskiego „Był sobie dziad i baba“…Mam Cię w sercu Kochana Moja i do zobaczenia w Hadesie.

Twoja Fil.

Filomena Meror

…2020 / Czas skradziony przez Covid-19

2+

Udostępnij:

Polecane artykuły

Send Us A Message