Najdłuższa i najbardziej ruchliwa droga Dubaju Sheikh Zayed Road świeciła pustkami. Latarnie rzucały mdłe światło na dwanaście czarnych pasm. Drapacze chmur wyrastające po obydwu stronach autostrady wyglądały na smutne i opuszczone – ich dawny blichtr odszedł w niepamięć. Największe na świecie centrum handlowe Dubai Mall stało się muzeum pustych sklepów i okiennych witryn. Jachty stały równo zacumowane w Marinie, a bogaci mieszkańcy Dubaju zamknięci byli w swoich drogich willach. Nawet luksus stracił blask.
Drżącymi dłońmi malowałam usta czerwoną szminką, wiązałam włosy w ciasny kok, nakładałam na głowę czerwony toczek i obwijałam szyję białą chustą. Leciałam w nieznane pomagać ludziom z całego świata wracać do ich domów… Kiedy ja wrócę do swojego?
Nadeszły dla wszystkich czasy niepewności. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka, czy granice kraju, do którego lecimy, będą otwarte, czy będziemy mogli wyjść z hotelu, aby zrobić zakupy lub coś zjeść. Aplikację z grafikiem otwieraliśmy wszyscy kilkanaście, a czasami nawet kilkadziesiąt razy dziennie. Nasze serca biły szybciej, kiedy na ekranach pojawiała się prośba o zatwierdzenie zmian w siatce lotów. Miałam wrażenie, że wszyscy siedzimy na odpalonym dynamicie, czekając, kiedy wybuchnie…
„Wiesz, że Polska zamyka granice i wstrzymuje całkowicie ruch lotniczy?” – zobaczyłam wiadomość od koleżanki z załogi. Z jednej strony cieszyłam się, że w mojej ojczyźnie podjęte zostały tak radykalne kroki, z drugiej jednak wiedziałam, że mój lot do Warszawy, który miałam operować za dwa dni, najprawdopodobniej się nie odbędzie. Następnego dnia rano otworzyłam aplikację i ze łzami w oczach byłam zmuszona zatwierdzić zmianę służby – zamiast do Warszawy miałam lecieć do Sialkotu w Pakistanie. W przeciągu dwóch godzin pakistańskie służby zamknęły połączenia do większości miast, pozostawiając tylko dwa otwarte dla ruchu lotniczego lotniska. Tym sposobem mój grafik uległ zmianie kolejny raz. Następnego dnia leciałam do Lahore z ciężkim sercem i duszą na ramieniu.
Kiedy po zamknięciu granic Maroka, odwołano mój lot do Casablanki, modliłam się o zobaczenie w grafiku symbolu XX oznaczającego dni wolne. Byłam psychicznie wykończona ciągłymi zmianami i niepewnością towarzyszącą na każdym kroku. Niestety praca w lotnictwie, to nie koncert życzeń, ani ciągłe wakacje życia, jak się niektórym wydaje. Pracujemy dni i noce, latamy po całym świecie, czasami budząc się w hotelowym łóżku i nie zdając sobie sprawy, gdzie jesteśmy, jaki jest dzień tygodnia, która godzina.
Podczas briefiengu przed nocnym lotem do Singapuru (zebranie całej załogi przed lotem w celu omówienia jego szczegółów – liczby i profilu pasażerów, przebiegu serwisu i serwowanych posiłków, informacji specjalnych mających wpływ na przebieg lotu) siedzieliśmy wszyscy w okręgu i staraliśmy nawzajem wprawić się w dobry nastrój. Była druga połowa marca. Wirus zbierał śmiertelne żniwo na całym świecie rozprzestrzeniając się z prędkością światła. A my zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jesteśmy na pierwszej linii frontu. Na pokładzie przewoziliśmy prawie 400 osób – nie wiedzieliśmy, kim są, skąd wracają, z kim mieli kontakt, czy są zdrowi, gdzie podróżują. Pamiętam, jak podczas boardingu patrzyłam na każdego pasażera, próbując wyczytać z jego twarzy jakiekolwiek informacje. Oczywiście bezskutecznie…
Kiedy rozlewałam szampana i układałam kwiaty orchidei na talerzu z deserami dla pary nowożeńców, której nie udało się odbyć miesiąca miodowego, powstrzymywałam łzy napływające mi do oczu. Chciałam zrobić im niespodziankę w imieniu załogi i chociaż w taki sposób zatrzeć nieprzyjemne wspomnienia. Szampana mieli pić pod wieżą Eiffela, a nie na pokładzie samolotu wiozącego ich z Europy do Azji. Po wylądowaniu w Dubaju podeszła do nas jedna z pasażerek i łamiącym się głosem wydusiła z siebie, że jest nam niezmiernie wdzięczna, ponieważ dzięki naszej pracy może lecieć na pogrzeb jednego ze swoich bliskich. Siedziałam w pokładowej kuchni i starałam się nie rozpłakać. Serce kruszyło mi na tysiące kawałków, tak samo jak kruszył się wokół świat…
Nie wolno nam było opuszczać hotelowych pokoi – pod karą grzywny lub nawet deportacji. Po przylocie do macierzystego portu lotniczego przechodziliśmy obowiązkowe testy na obecność wirusa, a później w strachu oczekiwaliśmy na wyniki, objęci przymusową kwarantanną. Pod koniec marca najbardziej luksusowe miasto oraz jedno z największych lotnisk na świecie zostały zamknięte. Mieszkańcy Dubaju zostali zmuszeni do pozostania w swoich mniej lub bardziej luksusowych klatkach, a za niestosowanie się do rozporządzeń władz kraju groziły nie tylko kilkudziesięciotysięczne kary, ale nawet możliwość spędzenia kwarantanny w więzieniu.
Słodki dym z shishy nie unosił się już ponad stołami zastawionymi wykwintnym jedzeniem i drogim międzynarodowym alkoholem, jedynym gościem najdroższych na świecie klubów była przejmująca cisza, wody Zatoki nie były mącone hukiem potężnych silników drogich jachtów, a na błękitnym niebie nie można było już obserwować wielkich metalowych ptaków – Airbusów A380 i Boeingów 777. Pięknie umalowane Arabki z czarnymi szejlami na głowach nie przechadzały się już po najbardziej luksusowej części Dubai Mall w poszukiwaniu najnowszych modeli torebek, które nosiły w wypielęgnowanych dłoniach. Przystojni Emiratczycy w ghutrach na głowach i krystalicznie białych kandurach nie przesiadywali już przy słodkiej kawie po arabsku oraz rozpływających się w ustach daktylach nadziewanych karmelizowanymi orzechami. Nie można już było zjeść steka za 350 złotych, czy wpić koktajlu za 100. Nadszedł czas powrotu do wartości, których w tym mieście, jak w żadnym innym, brakowało od lat.
Mija prawie miesiąc odkąd nie wyszłam z mieszkania. Moje jedyne wycieczki ograniczają się do wyjścia do sklepu po drugiej stronie ulicy, aby kupić żywność. Za każdym razem ochrona pyta mnie o moje dane, aby umożliwić mi opuszczenie budynku, a ja za każdym razem muszę aplikować o pozwolenie rządu na to, bym mogła kupić mleko i masło. I wolno mi to zrobić tylko raz na trzy dni. Nie wiem, czym jest świeże powietrze, bo w moim apartamentowcu nie ma balkonów, a nawet kiedy otworzę okno, ciężki pustynne powietrze drażni moje nozdrza unoszącym się w wilgoci pyłem. Kiedy patrzę przez szybę widzę bezgraniczne połacie piasku. Jestem zamknięta niczym księżniczka w wieży na luksusowej pustyni.

Wiesz czego Ci zazdroszczę, moja droga Polko, mój drogi Polaku? Tego, że możesz oddychać świeżym powietrzem, że stąpasz po zielonej ziemi swojej ojczyzny, jesteś w swoim domu, ze swoimi bliskimi. Pijesz poranną kawę w ulubionej filiżance, siedząc na wygodnej kanapie, oglądając polskie filmy czy programy. Możesz zamówić kolejną książką napisaną w naszym pięknym języku, możesz nadrobić stracony czas z mężem czy żoną, możesz zrealizować zaległe projekty, powrócić do starych pasji, siódmy raz układać z dziećmi te same puzzle. Doceń to.
Jestem wielokrotnie pytana, jak daję sobie radę – zamknięta pośrodku pustyni, z dala od bliskich, od ojczyzny, sama. I wiesz, co wtedy opowiadam? Nigdy nie byłam szczęśliwsza. Staram się przekuwać wady w zalety, myślę pozytywnie i nie dopuszczam do siebie natłoku negatywnych informacji – one nic nie zmienią! Dzięki temu cieszę się czystym umysłem i stabilnym zdrowiem psychicznym. W końcu doświadczam luksusu spania w nocy, picia kawy w łóżku bez pośpiechu, jedzenia obiadu po południu, a nie o trzeciej nad ranem, na stojąco, obok pokładowej toalety.
Zatrzymaj się, weź głęboki oddech. To jest czas dla Ciebie, choć trudno Tobie w to teraz uwierzyć. Powróć do wartości, do spokoju, do samego siebie. Medytuj, ćwicz jogę, słuchaj relaksującej muzyki, czytaj pozytywne książki i oglądaj lekkie filmy. Nie zadręczaj się medialnym bełkotem – nie masz na to wpływu. Oczyść umysł i wróć do równowagi. Zrób piątą maseczkę w tygodniu, wypij jaśminową senchę i zapal ulubioną świecę. Odnajdź spokój ducha w tych niepewnych czasach na swój sposób. Dziel się dobrymi słowami, motywuj siebie i innych wokół, nie poddawaj się – przejdziemy przez to wszystko razem. A kluczem do tego jest miłość, wiara i zaufanie.

Z wielką miłością,
Twoja stewardessa
MAGDALENA SENKOWSKA – wspięła się po wszystkich szczeblach kariery zawodowej, a następnie opuściła z hukiem swoją branżę po wielu latach pracy w zawodzie. Zrezygnowała ze stanowiska dyrektora marketingu w jednej z gdańskich firm informatycznych, aby spełniać swoje marzenia o pracy w chmurach, czym zadziwiła, ale także zainspirowała wiele osób. Od prawie dwóch lat lata na pokładach samolotów należących do jednej z największych i najbardziej prestiżowych linii lotniczych świata, pokazując, że nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń, a wszystko jest w naszych rękach i zależy tylko od nas samych.




