Monika Kurdej: Jak wygląda prawdziwa kobieta?

Pewnego ranka, do mojego gabinetu wkroczyła smukła blondynka. W rękach, a właściwie w świeżo wypiłowanych i polakierowanych szponach, trzymała najnowszego smartfona. Torbę od Prady rzuciła niedbale obok siebie. Była gotowa do pracy z coachem.

Sparaliżował mnie lęk, bo kobieta wyglądała naprawdę dobrze. Czego szuka w gabinecie specjalisty od wypalenia osobistego i zawodowego? Na twarzy nie widać oznak zmęczenia, takiej talii, sama mogłam jej pozazdrościć, a markowe atrybuty sukcesu przyjemnie rozlewały się w mojej przestrzeni doświadczeniem luksusu.

Chociaż może się to wydawać zabawne – nie było mi do śmiechu. Najbardziej przygnębiło mnie, że jestem tak nieodporna na proste mechanizmy wywierania wpływu. Ja specjalistka od marketingu smaku, praktyk marketingu, antropolożka i znawczyni kobiecej natury, stanęłam wobec całkiem nowej dla mnie sytuacji. Okazałam się żyć w nieświadomym lęku, że w każdym momencie może pojawić się we mnie pragnienie udowodnienia swojego statusu i swojej mocy innej kobiecie. Zresztą tym samym, które odczuwa wiele kobiet w Polsce i na świecie.

Kilka dni później dowiedziałam się, że mąż mojej przyjaciółki przywiózł jej z zagranicy wspaniałą torbę Louis Vuitton. Trzymając tę niespodziankę na kolanach i wdychając zapach materiału, z którego została wykonana, poczułam silną złość. To przecież ta sama torba, którą mam w szafie. Tylko bez całej tej oprawy marketingowej – włącznie z podróżą męża do Chin.

Wiem, że wiele kobiet w tej chwili będzie broniło swojego gustu i swojej potrzeby luksusu. Ja chcę Wam tylko przypomnieć, że torba to torba i służy do noszenia rzeczy. A reszta to marketing. – Masz całkowitą rację – powiedziała moja przyjaciółka – storytelling wykreowany dookoła marki, nie sprawi, że będę lepsza. – Ale wiesz – obniżyła lekko głos i zwolniła tempo mówienia, przewracając przy tym oczami – jak ja się czuję, gdy wyjmuję portfel z tej cudownej torby?

Oparłam się pokusie dyskutowania i pouczania. Zobaczyłam siebie, w odwrotnej sytuacji. I wreszcie mogłam oglądać tę torbę z miłością.

Gdy moja klientka, wróciła na kolejną sesję, bardzo łatwo było mi przywołać ten moment. Dostrojenie się jej do świata przyszło mi z większą łatwością, niż pierwotnie. I nie czułam już tego piekącego lęku. Empatia dla siebie i dla niej pomogła usunąć wszystko. Została tylko miłość. I to ona pomogła mi przeprowadzić tę zapracowaną i zmęczoną kobietę, przez trudne doświadczenia straty i bólu, z którymi do mnie przyszła, do uważności i do zachwytu prostotą. I to prostotą, do której nie ma przyczepionej metki.

Być może trudno jest Ci uwierzyć, że ciągłe ślęczenie na Instagramie sprawia, że czujesz się gorzej. I że aby obronić się przed trikami specjalistów od reklamy, nie wystarczy znajomość aplikacji i umiejętność wrzucenia kolejnego zdjęcia.

Paradoksalnie, ludzie, którzy mówią, że są odporni na reklamę – są na nią bardziej podatni, bo opuszczają symboliczną “gardę” i wchodzą, jak w masło, poetykę narzuconą przekazem medialnym.

Rozumiem to. Ja też często czuję się pokonana, bezsilna i zagubiona po obejrzeniu kilkudziesięciu atrakcyjnych scen w Social Media, pozorujących prawdziwe życie. Ale w chwili, gdy przypominam sobie, że moja moc leży w zdolności do przeprowadzania kobiet od zamętu do jasności, od tożsamości, która nie mieści się już w prostej poetyce filtrów i stylizacji, do świadomości tego kim naprawdę jest, odzyskuję spokój. Musimy oddać się prawdzie, aby uratować świat.

A świat dzisiaj domaga się miłości. Nie kolejnych produktów i sztucznie wykreowanych marek, ale otwarcia się na prawdziwego człowieka. Tego z cellulitem i cerą naczynkową także. A szczególnie na tego, który doświadcza małych osobistych cudów – aby umiał skorzystać ze swojego prawa nie dzielenia się nimi z całym światem. Social Media łatwo nam towarzyszą, ale często zapominamy postawić granicę między tym, co warto pokazać, a tym co można pokazać. A stąd już prosta droga do klinik poprawiających urodę i nadających podbródkom kształtów.

I do znaczących wydatków. W perspektywie zapowiadanego przez demografów 100-letniego życia, jest konieczne, aby o tym mówić.
A najgorzej, że nie mogę podać żadnych przykładów. Bo to przecież nie moja sprawa, kto z branży odsysa sobie tłuszcz i kto sobie powiększa cycki, żeby lepiej udawać w sieci.

Ale uderz w stół, a nożyce się odezwą. Albo odpowiedz sobie na pytanie, czy wiesz, jak wygląda prawdziwa kobieta?

Czy to jest ta, która trzepocze rzęsami wielkimi, jak motyle i stara się mówić, ustami napompowanymi do granic możliwości?

Jedna moja znajoma, gdy zadałam jej to pytanie, powiedziała, że prawdziwą kobietę spotkasz w przychodni – bo jest lekarką. Według niej, prawdziwa kobieta nie przejmuje się tym, co ma na sobie, ale za to zawsze ma to czyste i wyprasowane. Ma też zadbane dłonie i dyskretny manikiur. Nie może przecież straszyć ludzi, z którymi pracuje, kolorowymi szponami. Zazwyczaj też, nie ma makijażu – bo przecież nigdy nie ma czasu go zrobić. Po odwiezieniu dzieci do przedszkola czy szkoły, po prostu łapie torbę z kanapkami i pędzi do swoich spraw, żeby uporać się z nimi, nim wskoczy na domowy etat.

Ja dodałabym, że ma przy tym piękny uśmiech. I tylko trzeba być bardzo uważnym człowiekiem, aby go zauważyć wśród tych wszystkich filtrów i przesadzonych stylizacji. I pośród markowych atrybutów mocy i statusu, za którymi pędzimy, i dla których oddajemy najlepsze co mamy: zdrowie, energię, wolny czas.

Monika Kurdej – psychodietetyk, terapeuta otyłości

www.zasmakujwzyciu.pl

2+

Udostępnij:

Polecane artykuły

Send Us A Message