Magdalena Sadłowska: Moim odkryciem są kobiety Zanzibaru

„Kobiety Zanzibaru to zjawiskowe, dumne, pełne ciepła i radości życia osoby. W nich jestem dozgonnie zakochana i poświeciłam im kilka rozdziałów książki” – wyjawia Magdalena Sadłowska, autorka 28 wschodów słońca oraz Po zachodzie słońca i opowiada w rozmowie z Iloną Adamską, dlaczego chęć napisania o Zanzibarze była silniejsza niż o chirurgicznym leczeniu otyłości.

Ilona Adamska: Przedsiębiorczyni, szkoleniowiec, podróżniczka. Teraz doszła także pisarka. Skąd pasja do pisania i pomysł na 28 wschodów słońca?

Magdalena Sadłowska: Tak naprawdę pisałam od zawsze. Od dziecka przelewałam emocje w słowa i słowo – pisane i mówione – było i jest moim talentem, czasem w pracy albo rozwijanym, albo zaniedbywanym. Studiowałam politologię ze specjalizacją dziennikarską, potem psychologię, w obu tych dziedzinach język jest niebywale ważny.

W tym roku miałam skończyć swoją pierwszą książkę. Planowałam ebooka o chirurgicznym leczeniu otyłości. Pojechałam na Zanzibar, żeby w spokoju, z daleka od codzienności pisać. I o bariatrii nie napisałam ani słowa. Za to 28 wschodów słońca, które widziałam na tej tanzańskiej wyspie, spotkani ludzie i emocje, których doświadczyłam, odcisnęły na mnie tak silny ślad, że nie byłam go w stanie tak po prostu unieść. Zatem usiadłam i przelałam je na papier. I tak powstała książka 28 wschodów słońca – rzecz o emocjach, z zanzibarską scenografią w tle.

Mówisz, że uwielbiasz żyć na walizkach. Kochasz podróże. Zakochujesz się w miejscach i ludziach. Niedawno zakochałaś się w Zanzibarze. Czym Cię urzekł?

Nie mogę mojego uczucia do Zanzibaru nazwać miłością, jest raczej bolesną fascynacją. Jest to przepiękne miejsce pod względem przyrodniczym. Kolor oceanu, jego pływy, niekończące plaże, wschody i zachody słońca są jednymi z najpiękniejszych, jakie w życiu widziałam. I Zanzibar oglądany z hotelu, ze wzrokiem skierowanym ku oceanowi, jest przepiękny. Ja jednak poszłam w głąb wyspy. Rozmawiałam z miejscowymi ludźmi i z tymi, którzy tu przyjechali. Kontrast do obrazka z folderu był tak ogromny, że czasem  było mi wstyd, czasem chciałam krzyczeć z rozpaczy, a czasem sądziłam, że nasz świat jest kompletnie zwariowany, a wyspiarze żyją życiem prawdziwym. Zanzibar oglądany z różnych perspektyw wzbudza skrajne emocje.

Na pewno moim odkryciem i ogromną fascynacją są kobiety Zanzibaru. To zjawiskowe, dumne, pełne ciepła i radości życia osoby. W nich jestem dozgonnie zakochana i poświeciłam im kilka rozdziałów książki.

Jedno jest pewne – Zanzibar pokazywany na Instagramach celebrytów to tylko namiastka prawdy o tym miejscu. Reszta jest dużo bardziej skomplikowana i budząca różne uczucia. O całym ich spektrum jest właśnie moja książka.

Magdalena Sadłowska z córką

Każdy kolejny rozdział w Twoim ebooku jest niezwykle ciepły, osobisty. Mi spodobała się „Pocztówka do Kai”. Często razem podróżujecie? Czego uczysz się od córki?

„Pocztówka do Kai” to chyba rzeczywiście najbardziej lubiany rozdział książki. Jest moim wyznaniem do mojej jedynej, ukochanej córki, rodzajem matczynej spowiedzi. I jest jednym z najbardziej osobistych i szczerych wyznań w 28 wschodach słońca. W tym rozdziale już nie mogę zasłaniać się figurą literacką. Moja córka ma w tej chwili 26 lat i ten rozdział jest zamknięciem pewnego bardzo ważnego etapu w naszych dotychczasowych relacjach. I otwarciem zupełnie nowego, dojrzalszego.

Bardzo lubię podróżować z Kają, sądzę, że gdybyśmy nie były matką i córką, mogłybyśmy być całkiem niezłymi kompankami do szwendania się po świecie. Obie mamy niesamowitą ciekawość miejsc, smaków, zdarzeń, przygód. Ufamy sobie, ludziom i światu. Od niej natomiast nieustannie uczę się prostoty w nawiązywaniu relacji. Moja córka mieszka za granicą, ma do czynienia z wieloma kulturami na co dzień i zupełnie nie ma barier w nawiązywaniu znajomości. Jest moją trenerką akulturacji i wychodzenia poza schemat.

Jaką byłaś mamą dla Kai?

Był taki czas w naszym życiu, że byłam matką przez większość czasu nieobecną. Pracowałam bardzo dużo, uległam szaleństwu produktywności i sukcesu. Te nieliczne wspólne godziny wyciskałam jak cytrynę i dużo gadałyśmy, budowałyśmy więź, ale… Nie zapomnę, kiedy Kaja któregoś zimowego poranka, kiedy biegłam podyrektorować, zatrzymała mnie w drzwiach i powiedziała: „Jeśli spotkasz moją mamę, powiedz, żeby czasem wróciła do domu”. Miała wtedy 13 lat. A ja następnego dnia złożyłam wypowiedzenie. Potem już dbałam bardzo o zapachy na święta, przytulasy codzienne i rozmowy, rozmowy, rozmowy…

Magdalena Sadłowska

Patrząc z perspektywy dojrzałej kobiety… jaką jesteś DZIŚ matką?

Dziś jestem zwolniona z odpowiedzialności za moją dorosłą, mądrą córkę. Dostałam wypowiedzenie z funkcji kwoki trzęsącej się nad pisklakiem. Zatem obserwuję, na ile sprawdza się zasada – co włożysz, to wyjmiesz. I przyznam, że jestem dumna. I mam ogromne zaufanie do mojego dziecka. Musiałam jednak zrozumieć, że więcej nic nie mam prawa robić w jej życiu. Mogę jej tylko towarzyszyć. Od siebie dodaję jeszcze czasem: „czego teraz ode mnie potrzebujesz córeczko”, a w chwilach szczególnej szczerości pytam: „czy za coś powinnam cię przeprosić”.

Robię to dlatego, że wiem, że jako matki staramy się bardzo. Czasem za bardzo. I nieświadomie możemy przekroczyć granice drugiego człowieka, o którym myślimy, że jest nasz. A nie jest. I tak jak matka paradoksalnie może najbardziej nas zranić, tak nie ma chyba nić bardziej uwalniającego od usłyszenia od własnej matki: „wybacz mi, przepraszam”.

Piszesz często, że nie ma sensu kontynuować wielowiekowej tradycji Matki Polki. Dlaczego?

Figura Matki Polki została zbudowana na cierpieniu. Traumie rozbiorów, wojen, kryzysów, zaborów. Ojcowie szli wojować, matki zostawały i musiały się poświęcać. Dzieci musiały przeżyć, dlatego matka nie jadła, nie spała, przepracowywała się. Stawiała dzieci na pierwszym miejscu. To uzasadniało jej istnienie, jej społecznie ważną funkcję.

Dziś taka postawa to trochę egoistyczny wymyk. Poświęcam się dla ciebie dziecko, wiec musisz mi być wdzięczne, masz obowiązek o mnie potem zadbać. Kiedyś to miało sens. Teraz jest zgrabną wymówką, żeby nie dbać o swój rozwój, swoje miejsce na ziemi, samostanowienie i budowanie własnej tożsamości w oparciu o własne umiejętności i talenty (każda z nas ma jakiś). Budujemy w oparciu o wygodną rolę matki. Urodziłam, wychowałam – szklanka wody się należy. No, już nie. Mamy pełnię możliwości, żeby dać naszym dzieciom i sobie w konsekwencji wolność wyboru. Mamy też obecnych na pokładzie ojców, którzy już nie są na wojnie i którzy chcą mieć swoje miejsce w procesie wychowywania dzieci. Trzeba zatem ten przyciężkawy pomnik odsunąć i wpuścić w rodzicielstwo trochę więcej świeżego powietrza.

W rozdziale 11 pt. „Decyzja” piszesz o pewności siebie. Czym ona jest? Jak jej się uczyć?

Z mojego punktu widzenia pewność siebie to postawa życiowa, pewna życiowa umiejętność. A to oznacza, że da się ją nabyć, rozwijać i używać. Pewność siebie to przede wszystkim znajomość siebie. Swoich wad, zalet, mocnych stron i słabości. To znajomość swoich granic i czułych, delikatnych miejsc. To akceptacja własnej wrażliwości, braków, bezsiły, ale też umiejętność regeneracji i wiedza, co nas karmi, co nas naprawdę buduje i odżywia.

Z poziomu psychologicznego – to zbiór sądów o sobie samej/samym i poczucie własnej skuteczności. To drugie trenować łatwiej – codziennie warto przyglądać się temu, co zrobiłam/em, co udało mi się zacząć i dokończyć. Uznawać próby nieudane za lekcje. Nikt nie umie trudnych rzeczy od razu.

Takie zaufanie, że mogę, że zrobię, że mam potrzebne zasoby, żeby coś zrobić pomaga z kolei w dobrym myśleniu o sobie. Umacnia w zbieraniu budujących sądów na własny temat – bez względu na to, co usłyszałyśmy/liśmy wcześniej od innych. Pewność siebie to też umiejętność przyznania się do tego, że nie umiem i że mogę prosić o pomoc. Że mam prawo do własnych poglądów, zdań i wypowiadania ich głośno. To pewność, jakich zasad i wartości chcę bronić, jakie szanuję i toleruję, a jakie są mi kompletnie obojętne i gdzie jest moje pole kompromisu. To uznanie, że jestem człowiekiem, a nie cyborgiem.

Dlaczego, Twoim zdaniem, tak wiele kobiet nie wierzy w siebie? Nie umie docenić siebie, pokochać?

Bo za rzadko słyszą, że są absolutnie wystarczające. Że mogą być takie jakie są. Od dziecka wmawia nam się, że ładne mają lepiej, co moim zdaniem jest krzywdzące i dla ładnych, i tych zwyczajnych, więc staramy się być ładne. Przycinamy się, wypełniamy, wciągamy brzuchy, wypinamy piersi. A jak już się tak „wyładnimy”, żeby pasować do obrazka – słyszymy – hm… tyle czasu poświęca na wygląd, pewnie nie ma nic w głowie. Kompletnie sprzeczne przekazy. Dlatego żeby uwierzyć w siebie, trzeba słuchać siebie. Nie innych, nie ich marzeń i oczekiwań, tylko siebie.

Na tym wciągniętym nieustannie brzuchu oddychamy na pół gwizdka. A kiedy mamy tak niedotlenione poczucie, że jesteśmy wystarczające, budzi się w nas przymus ciągłego poprawiania się i naprawiania. A skoro coś trzeba naprawiać, to pewnie jest zepsute. A skoro zepsute, to jak to kochać?

Ja jestem zresztą też bardzo ostrożna w tym kochaniu siebie tak od razu. Zupełnie wystarczy zacząć od akceptacji tego, że jestem taka jaka jestem. I to jest OK. Potem zacząć się z sobą lubić. Pochodzić z samą sobą na randki. Miłość przyjdzie z czasem. Czasem potrzeba do tego wsparcia – warsztatów, np. takich jak moje – gdzie siadamy z kobietami i dajemy sobie siłę, wsparcie i inspirację do samoakceptacji. Ona jest fundamentem. Od niej warto zacząć.

Wdzięczność. Dlaczego warto ją w sobie pielęgnować? Za co jesteś w życiu wdzięczna najbardziej?

Wdzięczność jest potężną siłą. Uświadamia, jak wiele już mamy. Jakie mamy zasoby, jakie relacje – najmniejsze nawet. To bardzo budujące i karmiące. Pomyśl – kiedy jest Ci naprawdę źle, siadasz sobie wieczorem w fotelu czy na kanapie i myślisz o ludziach, rzeczach, zwierzętach, stanach, bez których twój świat jutro rano nie byłby taki sam.  I zdajesz sobie sprawę, że warto żyć, by wciąż te ważne figury w swoim życiu spotykać. W takich momentach warto z głębi serca za nie podziękować. To właśnie wdzięczność – potężna energia, siostra bliźniaczka miłości. Siła napędowa życiowego optymizmu.

Ja jestem nieustannie wdzięczna. Serio – to chyba rodzaj życiowej postawy. Miałam ogromne szczęście urodzić się w takim czasie i w takim miejscu. Otaczają mnie wyjątkowi ludzie, z wieloma mam przywilej się przyjaźnić i kolegować. Innych obserwuję, uczę się i inspiruję. Jestem wdzięczna za ciekawość i głód poszukiwania odpowiedzi na trudne pytania. Jestem wdzięczna za moje talenty. Za naszą rozmowę. Za zmysły, które łączą mnie ze światem, i momenty, kiedy jestem tylko sama ze sobą, wewnątrz mojej duszy. Jestem wdzięczna za życie.

Gdzie można nabyć Twojego ebooka? I kto powinien po niego sięgnąć?

Ebookowi 28 wschodów słońca towarzyszy workbook rozwojowy Po zachodzie słońca. Książkę i zeszyt ćwiczeń to uzupełniające się rzeczy, ale nic nie stracisz, jeśli sięgniesz po nie oddzielnie.

Komplet i obie pozycje osobno można kupić na mojej stronie:  www.magdalenasadlowska.pl/butik.

A kto powinien po nie sięgnąć? Każdy, kto lubi być w kontakcie ze swoimi emocjami. Kto jest ciekawy świata, kogo interesuje inny niż instagramowy punkt spojrzenia na rzeczywistość. Każdy, kto lubi podróże i ludzi. Do zeszytu rozwojowego zapraszam natomiast wszystkich tych, którzy lubią pracę nad sobą i chcą ją wykonywać we własnym tempie. Jest to też propozycja dla szkoleniowców i szefów – 27 ćwiczeń z zeszytu to zbiór moich doświadczeń z pracy rozwojowej z klientami z ostatnich 18 lat. Sądzę, że i książka, i workbook mogą mocno otworzyć oczy na nasze emocje, relacje, ograniczenia i moc, która tkwi w każdym z nas, czekając tylko na odkrycie i właściwe użycie.

Rozmawiała: Ilona Adamska

0

Udostępnij:

Polecane artykuły

Send Us A Message