„Każdy z nas nosi w sobie ten sam zestaw emocji – różnimy się jedynie tym, jak potrafimy je oswoić” – mówi Ewa Turek, trenerka mówców, coach i mentorka, od lat związana z ruchem TEDx. W rozmowie z Iloną Adamską opowiada o sile wstydu i poczucia winy, o drodze od lęku przed sceną do uczynienia z niej swojej pasji, o wewnętrznym krytyku, który niejednokrotnie próbował odebrać jej głos, oraz o tym, dlaczego warto „zatańczyć życie” w swoim własnym rytmie. To opowieść o autentyczności, odwadze i o odkrywaniu wolności tam, gdzie dotąd rządził strach.
Mówi Pani, że każdy z nas ma ten sam zestaw emocji, ale nie każdy potrafi nimi zarządzać. Jakie emocje są według Pani najtrudniejsze do oswojenia i dlaczego?
Bardzo trudne są te, które podkopują naszą tożsamość – wstyd, poczucie winy, bezsilność. Pamiętam moment, gdy lata temu prowadziłam spotkanie podsumowujące duży projekt. Jedna z uczestniczek zespołu na forum wyraziła krytyczne zdanie o mojej pracy. Choć wiedziałem, że nie ma racji, byłam w szoku. Na zewnątrz zachowałam spokój, w środku czułam się jak sparaliżowana. To nie był gniew – to był wstyd. Wtedy zrozumiałam, że dopóki nie nauczę się pracować z emocjami, one będą prowadzić mnie, nie ja je. Oswajanie emocji jest jak uczenie się tańca – najpierw potykasz się o własne nogi, ale z czasem zaczynasz prowadzić.
Poznała Pani wiele technik pracy z emocjami i rozwoju osobistego – od NLP po Radykalne Wybaczanie. Która z tych metod była dla Pani przełomowa i w jaki sposób wpłynęła na Pani życie?
Radykalne Wybaczanie było jak światło w ciemnym tunelu. Nie dlatego, że pozwoliło mi zapomnieć o tym, co trudne, ale dlatego, że pomogło zrozumieć, że wszystko, co się wydarzyło, nie dzieje się przeciwko mnie, lecz dla mnie. Pamiętam moment, kiedy po latach gniewu i żalu do ważnej osoby z mojego życia, usiadłam i napisałam listy. Jedno z narzędzi Radykalnego Wybaczania to trzy listy. Pisałam nie po to, by je wysłać, ale żeby się wypowiedzieć. Był płacz, uwalnianie, ale po raz pierwszy poczułam, że to ja decyduję, ile miejsca te emocje mają w moim sercu. To była droga do wolności.
„Zatańcz życie” – to Pani osobista maksyma. Co dokładnie oznacza dla Pani ten taniec? Jak zachęciłaby Pani innych, by zaczęli „tańczyć” swoje życie?
Dla mnie „zatańczyć życie” to przestać tylko planować kroki i dać się ponieść muzyce, nawet jeśli nie znasz kroków. Kiedyś żyłam od zadania do zadania. Aż w pewnym momencie, podczas podróży do Hiszpanii, zobaczyłam starszą parę tańczącą na ulicy. Nie mieli rytmu, ale mieli radość. Pomyślałam wtedy – to chcę zabrać ze sobą. Chcę, by moje życie nie było perfekcyjne, ale prawdziwe. Zachęcam innych: nie czekaj na „lepszy moment” – zacznij tańczyć teraz, z tym, co masz. Ja w momencie dojmującego bólu rozstania… poszłam uczyć się tańczyć tango. Tańczę do dzisiaj.
Ma Pani ogromne doświadczenia zawodowe – od modelingu po konsulting i coaching. Jak te wszystkie „kamyczki zawodowe” ukształtowały Pani dzisiejszy styl pracy z ludźmi?
Każdy z tych kamyczków dodał inny kolor do mojej mozaiki. Modeling nauczył mnie, jak poruszać się pewnie, nawet gdy się boisz. Konsulting – jak słuchać klienta między wierszami. Coaching – jak nie doradzać, tylko prowadzić pytaniami. Dziś, pracując z ludźmi, wiem, że nie ma jednej metody dla wszystkich. Jest człowiek i jego historia. A moim zadaniem jest pomóc mu usłyszeć swoją własną narrację – często pierwszy raz z innej perspektywy.
Praca z ludźmi daje Pani ogromną satysfakcję. Co według Pani jest kluczowe w budowaniu autentycznego kontaktu z klientami – zarówno podczas sesji indywidualnych, jak i na sali szkoleniowej?
Prawdziwa obecność. Nie udawana, nie wyćwiczona – tylko szczera. Kiedyś na sali szkoleniowej uczestnik powiedział: „Pani nie udaje, że wie wszystko. To buduje zaufanie.” I to była największa pochwała. Autentyczny kontakt to nie „ja wiem lepiej”, ale „jestem z tobą, nawet jeśli nie znam odpowiedzi”. Satysfakcję daje mi widok, jak moi podopieczni rozwijają skrzydła.
Jako introwertyczka, przeszła Pani drogę od lęku przed sceną do uczynienia z niej swojej pasji i zawodu. Co było najtrudniejsze na początku tej drogi?
Wewnętrzny krytyk. Ten głos, który komentuje i podważa twoją wartość. Wyzwaniem było… pokazać się. Nie tylko fizycznie stanąć na scenie, ale naprawdę być widoczną – niedoskonałą, z drżącym głosem, z tą myślą: „A co, jeśli nie jestem wystarczająca?”. Ale zrozumiałam, że nie muszę być idealna. Muszę być sobą. I z tą autentycznością zaczęłam wychodzić na scenę. Najpierw z lękiem, potem z odwagą, aż w końcu – z radością. Doświadczenie czyni cuda.
Toastmasters to miejsce, od którego wszystko się zaczęło. Czego nauczyła się Pani przez te wszystkie lata działania w tej organizacji i jak ta wiedza przekłada się na pracę z klientami?
Dzisiaj, kiedy siebie przedstawiam, mówię: „Jestem nadzieją dla wszystkich introwertyków”. Uważam, że każdy może nauczyć się sprawnie występować publicznie. Nawet introwertyk. Toastmasters dało mi bardzo dużo: przyjazne miejsce, ogromną wiedzę merytoryczną, przestrzeń do prób. To była moja kuźnia odwagi. Dziś, pracując z klientami, tworzę dla nich takie właśnie „małe Toastmasters” – miejsce, gdzie nie muszą być doskonali, mogą szlifować swoje umiejętności. Wiele dostałam w Toastmasters, teraz oddaję jako mentor i trener.
W 2013 roku wystąpiła Pani na TEDx, a później została mentorką i organizatorką. Co było dla Pani największym wyzwaniem przy pierwszym wystąpieniu i jak to doświadczenie zmieniło Pani podejście do sceny?
Największym wyzwaniem było w ciągu 10 dni przygotować się do wystąpienia. Nie dostałam się na widownię TEDx-u ale los miał dla mnie inny plan. Wskoczyłam na miejsce kogoś innego. Szczęściu warto pomóc, ale trzeba być przygotowanym – to moja maksyma. TEDx to nie tylko scena – to moment prawdy. Stałam tam, z mikrofonem, i mówiłam o swojej przemianie. Kiedy skończyłam, podeszła do mnie kobieta i powiedziała: „Dziękuję. To było o mnie.” Zrozumiałam, że nie chodzi o to, żeby błyszczeć, ale żeby świecić dla innych.
Jest Pani mentorką prelegentów TEDx. Z jakimi najczęstszymi obawami lub barierami przychodzą do Pani występujący? Jak im Pani pomaga je pokonać?
Oczywiście są duże emocje, bo to odpowiedzialność i stres. Historia, którą przedstawia mówca, może być lustrem dla innych. Dobry mówca to nie ten, który recytuje perfekcyjnie – ale ten, który mówi z serca, jest autentyczny.
Czym różni się według Pani wystąpienie na scenie TEDx od innych prezentacji i co sprawia, że te wystąpienia mają taką moc inspiracji?
TEDx to scena autentyczności. Mowa TED-owa różni się od typowej prezentacji biznesowej. Nie jest to również mowa motywacyjna. Mowa TED ma sprawdzoną strukturę. Sukces wystąpień TEDx polega na dobrym przedstawieniu tezy (do czego mówca zachęca?) i opakowania tego w historię, badania, doświadczenia. Proces przygotowań to kilka tygodni intensywnej pracy, ale finał jest piękny. Tu chodzi o to, żeby dzielić się tym, co prawdziwe, i to daje ogromną siłę. Publiczność TEDx nie przychodzi po fakty, tylko po emocje, historie, ludzkie przełomy. To scena, która nie krzyczy – ona rezonuje.
O czym prywatnie marzy Ewa Turek i czego powinniśmy Pani życzyć?
Marzę o urlopie w Chorwacji. Lubię tam wracać. Czas na plażę z książką, długie spacery, na rozmowy przy zachodzie słońca. Marzę też, by coraz więcej kobiet odważało się tańczyć swoje życie – nawet na boso, we własnym rytmie.
Rozmawiała: Ilona Adamska
fot. Piętka Mieszko/AKPA
Źródło: Law Business Quality
Ewa Turek
Kuratorka TEDxWarsaw i TEDxWarsawWomen. Od ponad 12 lat aktywnie zaangażowana w rozwój ruchu TEDx w Polsce. Certyfikowana life coach, mentorka w międzynarodowej organizacji Toastmasters oraz współautorka podcastu Radykalne Wybaczanie. Od lat wspiera liderów i solo przedsiębiorców w odkrywaniu swojego autentycznego głosu i przekuwaniu pasji w działanie. Wierzy, że dobrze opowiedziana historia ma moc zmieniania świata. Mistrzyni Polski w jeździe konnej w stylu western, lubi tańczyć tango.




